od 3 miesięcy mam partnerkę.niby wszystko ok.,jak to bywa w początkowej fazie,ale im więcej mi odkrywa ze swojej przeszłości tym bardziej jestem sfrustrowany.Otóż z tego co mówi to z poprzednim partnerem przeżyła bajkę,wielką miłość z Fisheclectic: w małżeństwie najważniejszy jest Bóg, nie mąż czy żona. Kamil Szumotalski/ALETEIA. Anna Malec - 02.08.18. Przez naszą muzykę chcemy pokazać intymność z Bogiem i powiedzieć ludziom, że możliwa jest bardzo bliska relacja z Nim. Ten wątek przewija się w naszej twórczości. Najbardziej nas to porusza - mówią „Nie byłam szczęśliwa w małżeństwie. Mąż nie okazywał mi czułości, unikał zbliżeń. Wydawało mi się, że po dwóch porodach nie jestem atrakcyjna. Dołował mnie on i moje niskie poczucie wartości. Naprawdę jestem szczęśliwa w małżeństwie. Nie tylko kocham, ale i lubię swojego męża, wychodzimy razem - także bez dziecka, dobrze się rozumiemy. Mam 30 lat i jesteśmy 6 lat po ślubie. A po kolejnym roku jestem tak szczęśliwa, jak nigdy w małżeństwie nie byłam!!! Mam wspaniałego faceta, dwoje "przypinanych dzieci" (Ewa33 :D ) i budzę się z uśmiechem na twarzy Natomiast jestem szczęśliwa, że ludzie mnie zaakceptują, że przyjmują, że mam jeszcze siły, zdrowie - przyznała Teresa Lipowska w rozmowie z "Twoim Imperium". Popularne wiadomości teraz Wszystkie kobiety w ciąży były odwiedzane codziennie, przynoszono im pyszne jedzenie i słodycze, z wyjątkiem Anny . fot. Adobe Stock Marcinek znowu wrócił z podwórka z płaczem. – Mamusiu, chłopaki wołają za mną brudas, śmieją się, że powinienem zostać kominiarzem, nie będę się musiał myć – łkał. – Nie płacz synku, nie zwracaj na nich uwagi, przecież masz swoich kolegów, którzy cię lubią – pocieszałam go. Alan, mój mąż, nic nie mówił, tylko zaciskał pięści ze złości. Widziałam, jak jest mu przykro, tym bardziej że sam też miał niedawno przykre zajście w pracy. – Wyobraź sobie Małgosiu, że ta kobieta, co sprzedaje kwiaty na ulicy, ta, która kiedyś splunęła za mną, dzisiaj trafiła do nas na odział w stanie przedzawałowym – powiedział mój mąż. – Miałem ją przebadać, ale jak mnie zobaczyła, zaczęła lamentować, że żaden czarny diabeł nie będzie jej badał i chce innego lekarza. – To tylko zacofana staruszka – powiedziałam smutno. Czasami zastanawiałam się, czy już całe życie będziemy musieli pokutować za to, że się kochamy wbrew całemu otoczeniu. Wszystko przez to, że Alan ma czarną skórę. Poznaliśmy się osiem lat temu w Anglii. Ja pojechałam, żeby trochę zarobić i podszkolić angielski, Alan studiował medycynę w Londynie. Bardzo długo traktowałam go jak kolegę. Nie miałam tam znajomych, a Alan dobrze znał miasto i ciekawie opowiadał o tamtejszych zabytkach i atrakcjach turystycznych. Szybko przekonałam się, że to inteligenty chłopak z poczuciem humoru. Pochodził z Sudanu, a konkretnie z Chartumu, stolicy tego kraju. Pamiętam dzień, gdy zadzwoniłam z Londynu do rodziców do Siedlec, aby opowiedzieć im wrażenia z pobytu. – Mam fajnego kumpla, jest Afrykańczykiem – pochwaliłam się. – Co?! Murzyn?! – krzyknęła mama. – Z kim ty się tam dziewczyno zadajesz? Chcesz narobić sobie i nam kłopotów, i wstydu? Żeby ci nie przyszło do głowy z nim romansować – upominała. Nie pomogło tłumaczenie, że Alan to dobry i mądry mężczyzna, a wkrótce zostanie lekarzem. Mama wiedziała lepiej, że jak czarny to na pewno margines społeczny. To wstyd, aby dziewczyna z porządnej polskiej rodziny zadawała się z kimś takim, a nie daj Boże, gdyby zostali parą. Uświadomiłam sobie wtedy, że w prowincjonalnym mieście, z którego pochodzę, nie mogłabym raczej, ot tak, spacerować z Alanem. Wszyscy znajomi i rodzina wytykaliby mnie palcami, a może nawet nie chcieliby mnie znać? Zaczęłam go unikać. Coraz bardziej mi się podobał, ale uświadomiłam sobie, że związek z nim byłby trudny ze względu na odmienność kulturową i religijną. Miałam już dużo znajomych różnych narodowości i prawie wszyscy ostrzegali mnie przed kontaktami z Afrykańczykami. – To podrywacze, często wykorzystują i zostawiają białe dziewczyny – słyszałam od koleżanek. – Są chorobliwie zazdrośni i manipulują swoimi kobietami. Dla nich kobieta jest gorszym gatunkiem człowieka. Dziś wiem, że te opinie są krzywdzące, bo wszystko zależy od rodziny, w jakiej się człowiek wychował. Alan pochodzi z nowoczesnej rodziny urzędników i nauczycieli, jest otwarty na świat. Szanuje kobiety oraz inne religie. Sam jest niepraktykującym muzułmaninem. Poza tym charakter faceta nie zależy od koloru jego skóry i jeśli kobieta ma pecha, to małżeństwo z Polakiem lub innym Europejczykiem może być dla niej koszmarem. Ja jestem bardzo szczęśliwa z Alanem i cieszę się, że odważyłam się wyjść za niego za mąż wbrew wszystkim przeciwnościom. Dla tej miłości zerwałam kontakt z rodzicami, którzy nie potrafią zaakceptować odmienności Alana. Jest także inny ważny problem. Spotykamy się często z przejawami nietolerancji wobec Murzynów. W Londynie też zdarzało się, że ktoś w metrze albo w pubie rozmawiał za naszymi plecami, o tym, jak białe dziewczyny puszczają się z czarnuchami. Bałam się nawet, że ktoś nas kiedyś napadnie. Alan nie narzucał mi się, rozumiał moje obawy. To ja pierwsza do niego zadzwoniłam po tym, jak nie kontaktowaliśmy się przez kilka tygodni. Tęskniłam za nim, choć trudno mi było przyznać się do tego. – Jutro wyjeżdżam na ferie do rodziców, rano mam samolot – usłyszałam w telefonie. – Będę na ciebie czekała, wracaj szybko – powiedziałam do niego następnego dnia na lotnisku, a on długo trzymał mnie w ramionach. – Tak się cieszę, że cię widzę i mogę przytulić, bałem się, że się mnie wstydzisz – mówił. Ja też poleciałam wtedy do Polski. Przez całą drogę zastanawiałam się, jak powiedzieć rodzicom, że jestem zakochana w czarnoskórym Sudańczyku i planuję się z nim związać. W domu wybuchła awantura. Rodzice nie rozumieli, jak ktoś taki może mi się podobać. – Jest czarny jak diabeł, w dodatku muzułmanin, może to jakiś przestępca, zamachowiec – krzyczał ojciec. Tylko rodzeństwo trzymało moją stronę. – Rób, jak uważasz, jeśli się kochacie, to może się wam uda – powiedziała siostra, wzdychając z powątpiewaniem. Nie było sensu, żebym przywoziła Alana do rodzinnego domu, chociaż on bardzo chciał poznać moją rodzinę. – Pokaż mi swój kraj – prosił. Wakacje spędziliśmy w Polsce. Byliśmy na Mazurach, w Karpaczu i Gdańsku. Mój ukochany zachwycał się przyrodą i słowiańską urodą polskich dziewczyn. – Mam wielkie szczęście, że poznałem ciebie i Polskę, najbardziej podoba mi się Gdańsk i Warszawa, mógłbym tu zamieszkać – opowiadał, a ja słuchałam tego w milczeniu. Znów ogarnęły mnie wątpliwości. Słyszałam, jak kilku wyrostków na ulicy obrzucało nas wyzwiskami. Zastanawiałam się, czy ten związek ma sens, czy dam radę wytrwać w małżeństwie, jeśli niemal codziennie ktoś nas będzie ranił takimi rasistowskimi zachowaniami? A jeśli stracę już na zawsze kontakt z rodzicami? – Nie smuć się – mówił Alan, tuląc mnie do siebie. – Wszystko się ułoży, twoi bliscy też z czasem pogodzą się z twoim wyborem, jak zobaczą, że żyjemy zgodnie i szczęśliwie – przekonywał. Po uroczystych oświadczynach postanowiliśmy odwiedzić rodzinę Alana w Chartumie. Wszyscy byli dla mnie mili, ale wyczułam, że woleliby, aby Alan wybrał na żonę miejscową dziewczynę. – Nie chciałabym tu mieszkać – powiedziałam do Alana. – Rozumiem cię, ty jesteś z innego świata, nie mógłbym cię zmuszać do przyjęcia tutejszej kultury ani religii, za bardzo cię kocham, chcę żebyś była szczęśliwa – zapewniał. Wzięliśmy ślub cywilny w Warszawie i z tym miastem wiązaliśmy naszą przyszłość. Długo nie mogliśmy jednak zamieszkać razem, bo Alan kończył specjalizację na Uniwersytecie Londyńskim, a ja znalazłam pracę w polskim Ministerstwie Finansów. Dopiero po roku mąż przeprowadził się do mnie i kupiliśmy mieszkanie pod Warszawą. Alan jest dobrym mężem i ojcem. Każdego dnia dziękuję losowi, że mam tego człowieka przy swoim boku, a jednak nie jestem w pełni szczęśliwa. Od siedmiu lat nie widziałam się z rodzicami. Wysyłamy sobie tylko kartki z życzeniami świątecznymi. Ojciec zaprosił mnie kiedyś listownie, ale bez męża. Nie pojechałam. Dobrze, że chociaż mamy dobre relacje z moim rodzeństwem. Alan zaprzyjaźnił się nawet z moim bratem. Problemem jest także to, że często ktoś nam dokucza z powodu koloru skóry mojego męża. Jeśli tylko pozwolimy sobie na okazanie czułych gestów w miejscu publicznym, to zaraz ktoś nas wytyka i szepcze za naszymi plecami. Jest nam przykro, że ludzie komentują nasze uczucie i życie prywatne. Podobne przykrości przeżywa nasz synek. Kiedyś w Internecie odnalazłam inne kolorowe rodziny i jakaś kobieta, mama gimnazjalistki ostrzegła mnie, że to dopiero początek problemów. Ona musiała swoją córkę przenieść do innej szkoły, bo w poprzedniej koledzy wysmarowali ją kredą, aby dziewczynę wybielić. Wezwani do szkoły rodzice zbagatelizowali sprawę. Czasami myślę, żeby wyprowadzić się do Anglii. Tam żyje dużo mieszanych małżeństw, a ludzie są jednak bardziej tolerancyjni. Przeczytaj więcej listów do redakcji: „Przez 2 lata ukrywałam związek, bo wiedziałam, że rodzice nie zaakceptują czarnego zięcia. Wolą się mnie wyrzec”„Mam męża, ale jestem samotną matką. On jest niewidzialnym ojcem i nie opiekuje się naszą córką”„Mąż zamykał mnie w domu. Znęcał się nade mną i bił dzieci. Jakimś cudem udało mi się uciec” Nie wszystkie relacje są sobie równe. To, że jesteś w związku z kimś, nie oznacza automatycznie, że ​​będziesz szczęśliwy. Istnieje wiele rzeczy, które mogą sprawić, że związek będzie się rozwijał i przynosił ci satysfakcję, tak, jak wiele rzeczy, które mogą go zniszczyć, sprawić, że będzie ci źle w tej relacji. Idealnie byłoby umieć od razu zidentyfikować problemy w związku. Czy wiesz, dlaczego właściwie nie jesteś z nim szczęśliwa? 10 powodów, dla których nie jesteś szczęśliwa w związku Przestałaś angażować się w swoje małżeństwo Kiedy dopiero zaczynasz swoją relację z kimś, z reguły wkładasz w nią maksymalny wysiłek. Ciężko pracujesz nad tym uczuciem, chociaż wcale tego nie widzisz – to się dzieje naturalnie. Jednak, gdy wejdziesz głębiej w stabilną relację, możesz osiągnąć taki etap samozadowolenia, który nie daje ci już poczucia satysfakcji ze starań o ten związek. Twój układ to relacja typu „przyjaciele z korzyściami” A to oznacza, że masz poważne problemy z zaangażowaniem. Chcesz wszystkich przywilejów związku, ale żadnej odpowiedzialności. I właśnie ten strach przed zaangażowaniem sprawia, że ​​jesteś niezadowolona z całej swojej sytuacji. Jesteś wrodzonym narcyzem Narcyzi nigdy nie mogą być szczęśliwi w związkach, ponieważ nie pozwalają sobie zakochać się we właściwej osobie. Jesteś po prostu nudna i jednowymiarowa Więc w zasadzie to nie twój związek z drugą osobą sprawia, że nie jesteś z nią szczęśliwa, ale twoja relacja z samą sobą. Utknęłaś w wirtualnym świecie Stałaś się bezosobowa. Twoje życie to ty przed jakimś ekranem komputera. Ciągle aktywnie działasz w wirtualnym świecie – tam masz znajomych, tam pokazujesz siebie, ale w realnym świecie nie istniejesz. Nie żyjesz w tej danej chwili. Żaden związek nie przyniesie ci szczęścia, dopóki się z tego nie wyrwiesz. Nie traktujesz partnera z szacunkiem i życzliwością Jak więc chcesz, by ciebie szanowano? Trudno być szczęśliwym w związku, który przypomina ciągłą walkę, w którym wciąż się wzajemnie ranicie. Nie pozwalasz sobie na to, by pokazać emocje Tak, chronisz się przed bólem, nie pozwalając sobie na to, by czuć. Jednak jednocześnie pozbawiasz się także możliwości odczuwania szczęścia, radości, podniecenia i spełnienia. Zawsze myślisz o tym, czego ci brakuje Nie możesz być szczęśliwa w związku, w którym teraz jesteś, ponieważ jesteś zbyt zajęta marzeniami o wszystkich innych związkach, w których mogłabyś być. Nie potrafisz przeprowadzić głębszej rozmowy z partnerem Większość ludzi w zdrowych i szczęśliwych związkach jest w stanie prowadzić ze sobą nawet najtrudniejszą rozmowę. Wymaga tego poziom zaangażowania w związek. Zbyt długo cierpiałaś Być może byłaś w tylu szkodliwych i toksycznych związkach, że w tym momencie praktycznie nie umiesz być szczęśliwa. Zbyt wiele razy zadano ci ból i jeszcze nie wyzdrowiałaś z tych emocjonalnych ran i blizn. Poświęć trochę czasu samej sobie, zanim zaangażujesz się w nowy związek. Na podstawie: Czy małżeństwo bez dzieci może być szczęśliwe? Najchętniej zapytałabym o to Iris Apfel, ale stuletniej damie, mistrzyni dizajnu i ciętej riposty, nie wypada zadawać tak oczywistych pytań. Zresztą, pewnie odpowiedziałaby coś w stylu: „Jeżeli wybranek jest fajny i lubi się przytulać, to w czym problem?”. Albo: „Jeśli nie ubierasz się jak inni, nie musisz żyć jak oni”. Carl Apfel na pewno lubił się przytulać, bo Iris przeżyła z nim 67 lat. Bez dzieci. W idealnej harmonii. Czy trzeba lepszego dowodu na to, że małżeństwa bez dzieci mogą być zgodne, długowieczne i szczęśliwe? O wyższości rodziców nad nierodzicami A jednak bezdzietne pary wciąż traktowane są podejrzliwie. Ileż razy słyszałam, że małżeństwo bez dzieci to nie rodzina! Ba, znany prawicowy komentator mawia o nas „podwójni single”. To wyjątkowo głupie i podłe! Nikt nie ma prawa certyfikować naszych uczuć! Skoro czujemy się rodziną – jesteśmy rodziną! I kropka. Owszem, pod pewnymi względami jest nam łatwiej niż parom z dziećmi. Mamy dużo więcej czasu dla siebie, więcej swobody i zawsze wolną chatę. Są jednak pułapki. Po pierwsze – nie mamy dożywotniego powodu, by być razem. Musimy go nieustannie updatować i dbać o to, by nie przeminął z wiatrem. Po drugie – czasami brakuje nam dyżurnego tematu rozmów. Gdy gęstnieje cisza, nie rozładujemy jej sakramentalnym pytaniem: „A co tam u Marysi w szkole?”. Musimy więc pamiętać, by w domu – obok świeżych bułeczek – pojawiały się również świeże i ciekawe tematy do przegadania. Iris Apfel mawia Jeżeli nic cię nie interesuje, nie jesteś interesujący. Po trzecie – nie mamy „oficera łącznikowego”, który w czasie burzy, gdy jeszcze trwają wyładowania elektryczne, uśmiechnie się, zrobi rozkoszną minkę i ocali nasz świat przed małą apokalipsą. Sami musimy się ratować. Po czwarte – mając wolny czas i wolną chatę, zapominamy, jakie to cenne. Małżeństwa z dziećmi muszą się nakombinować, żeby wyskoczyć na romantyczną randkę. A jak już im się to uda, wyciskają tę randkę jak cytrynę, bo wiadomo – kolejna okazja prędko się nie powtórzy. Bezdzietne pary powinny sobie stale przypominać, że to, co wydaje się zwyczajne, jest wyjątkowe. I trzeba to celebrować. Po piąte – przechodzimy mniej testów zderzeniowych. Wiadomo, dzieci to kryzysy, frustracje, nieprzespane noce, choroby i problemy. Każda taka „awaria systemu” to doskonały sprawdzian dla dwojga. Dlatego bezdzietne pary od czasu do czasu powinny się przetestować. Żeby po latach spędzonych razem nie dociekać głupio: „Kim jest ten rozczochraniec obok mnie?”. Do tej krótkiej instrukcji Iris Apfel dorzuciłaby pewnie jeszcze poczucie humoru. I słusznie, nie da się przeżyć sześćdziesięciu lat z drugim człowiekiem, biorąc wszystko na poważnie. Iris i Carl uwielbiali się bawić, podróżować, mieli mnóstwo szalonych pasji… Byli radośni i spontaniczni jak dziesięcioletnie brzdące! I może to jest najlepsza recepta na szczęśliwe małżeństwo bez dzieci? Sami bądźcie jak dzieci, a nigdy się sobą nie znudzicie:) Foto: Luiza Różycka Witam, krytycyzm wobec innych może być budujący jeżeli tyczy zachowania, sytuacji na które mamy realny wpływ. Trudno reagować na uwagi że jest się np. niskim. Jeżeli partner krytykuje Panią w kontekście tuszy, robi brzydkie uwagi dotyczące innych kobiet to jest to zachowanie mogące wskazywać na to, że jest to osoba pozbawiona wrażliwości, empatii, skupiona na sobie. Na początku starał się, a teraz ma Pani wrażenie że w związek angażuje się jedynie Pani. Proszę porozmawiać o tym z partnerem. Są Państwo młodzi, być może oczekiwania co do związku macie różne, różne potrzeby, rożne cele. Pozdrawiam serdecznie fot. Adobe Stock, WavebreakMediaMicro W moim małżeństwie nie układało się za dobrze. Irek pochłonięty był swoją pracą, z której wracał późno; poza tym coraz częściej wyjeżdżał na kilkudniowe delegacje. Ja zajmowałam się domem i naszymi bliźniaczkami, dorabiając na pół etatu w sklepie u znajomej, gdy dziewczynki były w szkole. Coraz rzadziej spędzaliśmy czas tylko we dwoje, coraz mniej mieliśmy sobie do powiedzenia. Łapałam się na tym, że większość naszych rozmów dotyczyła córek albo tego, co trzeba kupić lub naprawić w domu. W sypialni nie było lepiej. Albo oboje nie mieliśmy ochoty, albo byliśmy zbyt zmęczeni. Seks zszedł na dalszy plan, a właściwie zniknął z naszego harmonogramu. Żyliśmy obok siebie jak dwoje współlokatorów darzących się sympatią. Bo jednak Irek wciąż był moim przyjacielem… Przynajmniej tak mi się wydawało. – Cóż, po latach spędzonych razem ludzie nie czują już tego, co na początku związku – tłumaczyła mi rzeczywistość moja starsza siostra. – Znikają porywy namiętności. A kiedy rodzą się dzieci, świat rodziców zaczyna się kręcić wokół nich. To się nazywa szara codzienność. – Nie wiem, czy ta szara codzienność jest taka dobra… – mruknęłam. – Jest przewidywalna i bezpieczna. Dla rodziny stabilizacja to podstawa – odparła Olga. Może i racja. Jednak w miarę upływu czasu coraz bardziej mi brakowało tej odrobiny nieprzewidywalności, dreszczyku emocji. Przecież moglibyśmy czymś się razem zająć. Czymkolwiek innym niż oglądanie telewizji. Jednak Irek nie wykazywał najmniejszej chęci na zmiany. – Przecież ja to robię dla was – powiedział mi kiedyś, gdy wypominałam mu, że jest w domu gościem, że nigdzie razem nie wychodzimy, że mógłby znaleźć czas choćby na kino. – Pracuję, żeby zapewnić wam jak najlepsze warunki. – Ja też pracuję – podkreśliłam. – Wiem, wiem, Monisiu. Ale teraz mam pilną robotę na jutro… – uśmiechnął się przepraszająco i wrócił do klepania w klawiaturę. Tak się skończyła próba ożywienia naszych relacji. Zniechęcona położyłam się spać. Rano musiałam wstać, wyprawić bliźniaczki do szkoły i pojechać do sklepu Edyty. Właśnie tam poznałam Marka. Wysokiego, przystojnego mężczyznę, który zwracał na mnie uwagę, przy którym znowu poczułam się jak kobieta. Na początku byłam z tego układu zadowolona Często robił u nas zakupy. A gdy czegoś nie wiedział, pytał mnie o radę. Jaki powinien wybrać proszek do prania, jaki płyn do płukania albo który z szamponów mu polecam. – No, no, chyba masz adoratora – zauważyła rozbawiona Edyta po tym, jak Marek przez kwadrans wypytywał mnie o moje zdanie na temat past do zębów. – Też mi adorator! – machnęłam ręką. – Po prostu doradzam mu w kwestiach chemiczno-higienicznych. Widać, że się nie zna. Niemniej jego zainteresowanie sprawiało mi przyjemność. Z czasem zaczęliśmy rozmawiać nie tylko o asortymencie sklepu, ale także o życiu prywatnym. Dowiedziałam się, że jest samotny i zraniony po odejściu dziewczyny, która go zdradziła. Współczułam mu. Zdrada to szczyt nielojalności; ja nigdy dotąd nie brałam pod uwagę, żebym mogła z kimś innym niż Irek… Przecież był moim mężem, moim przyjacielem, ojcem moich dzieci. Nawet jeśli już nie był moim kochankiem, nie mogłabym… Czyżby? Nagle straciłam tę pewność, bo pomyślałam, że gdyby Marek chciał mnie przytulić, chyba nie umiałabym go odepchnąć. No i rzeczywiście, gdy pewnego dnia zaproponował wspólną kawę, zgodziłam się. Wybrał małą, przytulną kawiarnię. Siedzieliśmy przy stoliku, rozmawialiśmy. Przyznałam się, że nie jestem szczęśliwa, że czuję się samotna w małżeństwie. – Domyślam się, jak ci ciężko – Marek spojrzał mi prosto w oczy. – Jesteś piękną kobietą, niedocenianą kobietą, potrzebujesz męskiego zainteresowania, czułości… Niepewnie dotknął mojej dłoni, a mnie przeszył miły dreszcz. Nic dziwnego. Przecież Irek nie dotykał mnie tak od miesięcy. Popołudniowe wyjście na kawę przerodziło się w randkę z finałem w domu Marka. Z jednej strony miałam wyrzuty sumienia, ale z drugiej byłam niesamowicie szczęśliwa, zrelaksowana, zadowolona z życia, wesoła i uśmiechnięta. Do domu wróciłam wieczorem. – To ty? – dobiegł mnie z pokoju głos męża. – Tak – odpowiedziałam głośno. – To dobrze. Nie zapytał nawet, gdzie byłam ani dlaczego wróciłam tak późno. – Mamo, jestem głodna – z drugiego pokoju wychyliła się córka. – Chcę jajecznicę – uśmiechnęła się przymilnie. – Zaraz zrobię – odparłam. Irek przypomniał sobie o mnie później. Również w związku z jedzeniem, gdy zgłodniał. Kolejne dni wyglądały podobnie. Rano zaprowadzałam dzieci do szkoły, po pracy je odbierałam, wracałyśmy do domu, robiłam obiad, a gdy Irek wracał z pracy, wychodziłam do Marka. Czasami, gdy Irek się spóźniał, dzwoniłam do niego, mówiłam, że muszę wyjść, i żeby postarał się wrócić jak najszybciej, by dziewczynki nie były same. Nigdy mnie o nic nie pytał. Nie interesował się, gdzie wychodzę ani z kim. Trochę dziwne, nawet przykre, bo dowodziło, że mojemu mężowi już zupełnie na mnie nie zależało. No ale przecież miałam Marka. I tak trwałam w złudnym poczucia szczęścia, póki córka nie spytała pewnego wieczoru: – Mamo, a ciocia Kasia też pójdzie jutro z nami na spacer? – Jaka ciocia Kasia? – zdziwiłam się. – Musimy porozmawiać – wtrącił się Irek. Trochę się wystraszyłam, jakbym przeczuwała coś złego. Odesłałam bliźniaczki do pokoju i usiadłam z Irkiem w kuchni. – Ty spotykasz się z kimś, ja też kogoś mam – powiedział prosto z mostu. – Ciocię Kasię… – Owszem. Myślę, że możemy darować sobie te tajemnice. Ślepy nie jestem, widzę, że od pewnego czasu jesteś szczęśliwsza, radośniejsza. O dziwo, nie słyszałam w głosie męża wyrzutów ani żalu. Ot, stwierdził fakt. Spokojnie, jakby obojętnie. – Chcesz rozwodu? – spytałam. – A po co? – zdziwienie w głosie Irka było autentyczne. – Ty spotykasz się z tamtym, ja z Kaśką, i jest dobrze, po co to komplikować. Nie wiedziałam, co powiedzieć. – Przecież z powodu chwilowego zauroczenia nie będziemy niszczyć naszego małżeństwa. Mamy dzieci, lubimy się, rozumiemy – mówił Irek, a ja czułam się coraz dziwniej. – Kupiliśmy mieszkanie na kredyt, przed nami wiele wspólnych lat… A odskocznia przyda się każdemu. Wciąż nie wiedziałam, jak zareagować. – Wielu ludzi żyje w otwartych związkach – ciągnął Irek. – To niezły sposób na codzienną rutynę. Sama zobacz. Znowu zaczęłaś o siebie dbać, wyglądasz naprawdę ładnie – popatrzył na mnie z aprobatą. – Nie chcę, żeby dziewczynki miały z nią kontakt – wydusiłam wreszcie z siebie. – W porządku – odparł poważnym tonem. – Nikt z zewnątrz nie rozbije naszej rodziny. To co? Zgadzasz się na taki układ? – upewnił się. – Ty spotykasz się, z kim chcesz, ja też, ale o dom i rodzinę dbamy razem. Okej? Przez jakiś czas nawet mi to odpowiadało. Jednak Marek zaczął na mnie naciskać. On nie traktował naszej relacji jak chwilowego zauroczenia. Oczekiwał decyzji. – Kiedy odejdziesz od męża? Moglibyśmy zamieszkać razem z twoimi córeczkami, stworzyć rodzinę – kusił. – Nie odejdę od Irka – odpowiedziałam ze smutkiem. – I ja już mam rodzinę. – Rodzinę? – Marek roześmiał się gorzko. – To nie rodzina, tylko farsa! Ty zdradzasz męża ze mną, on zdradza cię z innymi kobietami. Myślisz, że na tym polega bycie razem? – Mamy otwarty związek – odparłam, ale sama słyszałam, że nie brzmi to przekonująco. Takie rzeczy to w filmach albo u zmanierowanych bogaczy, ale nie u zwykłych ludzi. Słowa Marka zasiały we mnie niepokój. Miał rację: prawdziwa rodzina tak nie wygląda. – Otwarty? – zakpił. – Raczej wygodny dla twojego męża. Pracuje, spędza przyjemnie czas z kochanką, a w domu ma wszystko zrobione i podstawione pod nos. Wcale się nie dziwię, że mu to odpowiada. Kiedy ostatnio byliście gdzieś razem? Kiedy cię przytulił, pocałował? Kiedy wyjechaliście we dwoje, co? Powiedz! – Dawno temu… – A w ogóle to chcesz być z nim czy ze mną? Jestem zastępstwem czy kimś na stałe? Nie umiałam odpowiedzieć. Tego wieczoru wróciłam ze spotkania z Markiem wcześniej. Chciałam przemyśleć sobie kilka spraw. Czy naprawdę otwarty związek był tym, czego chciałam? Gdzieś w głębi duszy źle się czułam ze świadomością, że Irek spotyka się z innymi kobietami. Innymi, bo Kaśka była już przeszłością. Po niej pojawiły się następne. Niektóre tylko na jeden raz. Każda z nich przez chwilę lub nieco dłużej skupiała na sobie uwagę mojego męża. Każdej z nich dawał to, czego nie dawał już mnie: pieszczoty, bliskość, czułość. Nie mogłam jednak robić mu wyrzutów, skoro sama spotykałam się z Markiem. Czy w ogóle jeszcze kochałam męża? A on mnie? Co nas łączyło? Przyjaźń, miłość, przyzwyczajenie, wygoda? A może tylko kredyt? Czemu więc czułam taki żal, taką pustkę? Tego wieczoru postanowiłam poważnie porozmawiać z Ireneuszem. – Czy ty mnie jeszcze kochasz? – spytałam, gdy tylko zamknęłam za sobą drzwi sypialni. Spojrzał na mnie uważnie. – Wiesz, ja też ostatnio zadawałem sobie to pytanie – odparł. Wyglądał na stremowanego. – I co? – poczułam niepokój. – Nie wiem, co z nami będzie, Monika – powiedział. – Ale wiem, że nie podoba mi się ten twój Marek. Wcale mi się nie podoba, choć sądziłem, że to będzie wygodny układ. Nie chcę, żebyś się z nim spotykała. – A ja nie chcę, żebyś się zadawał z tymi wszystkimi babami! – wypaliłam. – Mają ciebie, a ja, twoja żona, nie mam cię już od bardzo dawna. Nie chcę tak. Długą chwilę oboje siedzieliśmy w milczeniu na łóżku, tylko patrząc na siebie. Potem Irek niepewnie wziął mnie za rękę. – Oddaliliśmy się od siebie – szepnął. Pokiwałam głową. Łzy popłynęły mi po twarzy – Myślisz, że da się coś z tym zrobić? – spytałam z drżeniem w głosie. – Chociaż spróbujmy. Tej nocy odbyliśmy długą rozmowę. Jak dwoje starych przyjaciół, którzy nie mają przed sobą tajemnic. Może potrzebowaliśmy szoku w postaci „otwartego związku”, aby zrozumieć, że nadal się kochamy. Nie wiem. Najgorsze, że ktoś na pewno będzie cierpiał. Choćby Marek. Bo postanowiliśmy z Irkiem reanimować nasze małżeństwo. Przez budowanie na powrót wzajemnej bliskości i intymności. Czy się uda? Czas pokaże. Czytaj także:„Zdradzałem żonę już przed ślubem, bo była kiepska w łóżku. Po 8 latach małżeństwa zmieniła się w pięknego łabędzia”„Ona nie rozumie, że szantaż to nie miłość, a groźby to nie przejaw troski. Ale nie odejdzie, bo boi się nudy”„Żona walczyła z rakiem, a ja w tym czasie romansowałem z inną. To Lidka kazała mi się wyprowadzić”

nie jestem szczęśliwa w małżeństwie